No dobra, a więc mam już brzuch. Do tego brzuch stał się widoczny dla otoczenia - a ja sama nie wiem czy tym nagłym wyróżnieniem jestem tak bardzo zachwycona. Nie chodzi o to, że ja czuję się z nim źle (chociaż owszem, BYŁO mi głupio, kiedy podczas przedświątecznych zakupów otarłam się o kilka...naście obcych osób w sklepach; na swoje usprawiedliwienie mam to, że mój brzuch to dla mnie nowość i jeszcze nie potrafię dobrze ocenić odległości...). Raczej o to, że ludzkie spojrzenia są takie no...chłodne.
Drogerie Rossmann promują akcję społeczną "Mamy przodem", w ramach której kobiety w widocznej ciąży są przepuszczane w kolejce z inicjatywy pań kasjerek. Inicjatywa musi być po ich stronie, bo zwykłe znaczki w sklepach w stylu "kasa z pierwszeństwem dla ciężarnych" zwyczajnie nikogo nie ruszają. Słyszałam o tej akcji, ale dopiero niedawno przekonałam się na własnej skórze co jest grane. Komedio-dramat trwał krótko.
Akt I
Stoję sobie grzecznie, jest 23. grudnia, naturalnie więc kolejka z tych dłuższych, może 10 osób, ale działają cztery kasy, wszystko zapowiada się sprawnie. Stoję z siostrą.
- A wiesz, że słyszałam, że mają tu taką akcję... - zaczynam, ale w tym momencie bystry wzrok pani na kasie dostrzega mój brzuch. Jej klientka właśnie zapłaciła i zbiera zakupy.
Akt II
- Panią w ciąży poproszę!!! - rozlega się wołanie. Wszystkie kobiety nerwowo rozglądają się po sobie, jakby nie były pewne, czy omyłkowo nie zostały wzięte za tajemniczą "panią w ciąży". Ale spokojnie, ta pani to ja. Jestem lekko oszołomiona, bo panie (i reszta kolejki) szybko namierzają mój brzuch. I celują w niego swoje nienawistne spojrzenia. Przez sekundę się waham, ale dochodzę do wniosku, że nie ma co robić z siebie męczennicy, skoro mnie wywołano, to skorzystam, niech będzie. Uśmiecham się nawet i ruszam przed siebie.
Akt III
Droga do kasy wiedzie wąskim przejściem między ludźmi ustawionymi w rządku a ścianą regałów. Największa przeszkodą jest lodówka z napojami - wystaje trochę bardziej niż pozostałe półki. Grzecznie mówię przepraszam, ale i tak muszę się przepychać. Brzuchem zahaczam o kilka osób, które wyraźnie nie są zachwycone. Ręką uderzam o pechową lodówkę, tracę równowagę, potykam się, spada mi torebka. Wszystko to trwa oczywiście cenne sekundy, generalnie robi się zamieszanie. - Zegarek - woła jakiś pan i wyjmuje mój ukochany czasomierz, prezent od A. spomiędzy schłodzonych napojów w lodówce - ja mu dziękuję, jednocześnie zbierając torebkę, siostra przejmuje sprzęt. Jesteśmy przy kasie. Kasjerka patrzy znudzonym wzrokiem. Szpile spojrzeń czuję przez gruby sweter. Cały czas próbuję się uśmiechać, ale zaczynam czuć się jak idiotka. Do tego w międzyczasie oczywiście spąsowiałam. W milczeniu wykładam zakupy i płacę. Wychodzę. Ze szkarłatną literą na brzuchu.
Kurtyna zapada.
Nie lubię uogólnień i nie chcę dramatyzować. To jedna sytuacja - w sumie pierwsze moje doświadczenie tego, jak brzuch działa na ludzi. A raczej, jak zadziałał na tych konkretnych, w tej konkretnej sytuacji. Wypadłyśmy z siostrą z Rossmanna chichocząc jak norki, ale było mi jednak trochę przykro. Rozumiem, że przed świętami wszyscy są bardziej podenerwowani. Ale mimo to mam wrażenie, że mogło to inaczej wyglądać.