Mały człowiek w brzuchu to jeden wielki (no dobra, na razie kilkucentymetrowy) znak zapytania. Jaki - albo jaka - będzie? Co będzie lubił? Jak będzie wyglądał? W co wierzył, do czego chętnie tańczył? Nie znam odpowiedzi na te pytanie i znać nie muszę. To niezależne ode mnie, od mojego widzi- lub nie-widzi-mi-się.
Ale są też inne znaki zapytania. Te o mnie i o A. Dziś jest dzień obaw. Nad miastem od kilku dni unosi się smog (ponoć w tym tygodniu jesteśmy najbardziej zanieczyszczonym w Europie), ja siedzę w domu z przerwami na spacery, bo paranoicznie boję się wdychać syf w swoje i Kosmity płuca. Poza tym jest po prostu brzydko :P A siedzenie w domu i szarość za oknem naturalnie skłaniają do bardziej ponurych rozważań. I nawrotu marzeń o działce w górach.
Czy będziemy dobrymi rodzicami? Czy damy Kosmicie wsparcie, dzięki któremu wyrośnie na samodzielnego, mądrego, wrażliwego kochającego siebie i świat człowieka? Czy (to może głupie, ale naprawdę czasem się tego boję!) będziemy się nawzajem lubić?
Podczas rozmowy po wczorajszej wizycie znajomych z dwuletnią córką A. mądrze zauważył, że "wychowują swoje dziecko na ludzi, jakimi sami są". Czy ja chcę, żeby moje dziecko było takie jak ja? Dziś myślę, że to nie najgorszy zestaw cech, jakie może wylosować i otrzymać, ale czy mam taką potrzebę?
Znaki zapytania!